O mnie

Moje zdjęcie
Czytaj to co piszę, ja kryję się za słowami.

"Dużo Szaleństwa, więcej Grzechu" E.A. Poe

"Jeśli cnotliwą postać może przybrać diabeł, no, to panowie, macie go przed sobą." John Webster

sobota, 22 czerwca 2013

Pierwsze gry - zapowiedzi


Dzisiaj pierwsze zapowiedzi dotyczące gier. Niedługo napiszę co sądzę o kilku produkcjach - zarówno starszych, jak i nowszych.  Pojawi się kilka słów o piątej części serii The Elder Scrolls - Skyrim, napiszę o naszej rodzimej produkcji, czyli o Wiedźminie II. Będziecie też mogli przeczytać notkę o dwóch częściach Assassin's Creed.














sobota, 15 czerwca 2013

Niech mnie ktoś przyTulli

Magdalena Tulli
"Włoskie szpilki"
Wydawnictwo: Nisza
ISBN:
978-83-62795-09-3
Data wydania: 2011
Miejsce wydania: ?


Kolejna książka Magdaleny Tulli. Nie ukrywam, że od początku byłam do niej zniechęcona. Po poprzedniej, spodziewałam się, że autorka jest skoncentrowana na pisaniu pod gusta krytyków. "Włoskie szpilki" sprawiły, że zmieniłam zdanie. Ten utwór różni się diametralnie od "Snów i kamieni". Autorka odkrywa zupełnie inne oblicze swojego pisarstwa. Tym razem będziemy mieli do czynienia z poruszającą autobiografią (choć nieco sfabularyzowaną) samej autorki. Książka ta opowiada o trudnym dzieciństwie w czasach PRL. "Włoskie szpilki" bardzo mnie zasmuciły, zezłościły a nawet wzruszyły. Dzieciństwo dziewczynki, która jest postacią główną utworu, było pasmem cierpień i upokorzeń. Niekochana przez własną matkę, znienawidzona przez dzieci w szkole, zagubiona w dwóch różnych światach - to właśnie główna bohaterka. Wszystkiemu winien jest szary i bezlitosny ustrój PRL, ale także coś innego, coś czego mała dziewczynka nie doświadczyła, jednak zaważyło to na jej życiu. Tulli pokazuje w jaki sposób wojna i holocaust wpłynęły na życie późniejszych pokoleń. Matka głównej bohaterki  przeżyła obóz koncentracyjny. Po jego opuszczeniu, nic nie było dla niej takie samo. Kobieta nie była już zdolna do miłości, dlatego też gdy urodziła swoją córkę traktowała jak ciężar, jak zupełnie jak niepotrzebny przedmiot. Podczas czytania niesamowicie złościło mnie to, że nikt nie okazywał uczuć tej małej dziewczynce, nikt nie zainteresował się jej problemami. Byłam wściekła, że jakieś dziecko musiało przechodzić przez coś takiego, czuć się tak bardzo samotne i niekochane. Było mi także smutno, choć sama mam kochającą rodzinę, to utożsamiłam się z bohaterką.
Później mamy do czynienia z dorosłą już bohaterką, poznajemy historie jej rodziny i przodków.


Kierunek przeszłość
Na szczególną uwagę zasługuje tutaj wątek choroby matki bohaterki. Kobieta zachorowała na Alzheimera. Codziennie zapominała o jakichś wydarzeniach i cofała się w przeszłość. Po drodze opowiadała swojej córce jaki jest dziś dzień, z kim się spotyka i co robi. Świadomość matki cofnęła się tak daleko, że myślała ona, że aktualnie trwa wojna. Główna bohaterka opiekowała się chorą i przy okazji dowiadywała się o nieznanych wątkach historii rodzinnej, a nawet o istnieniu nieznanych do tej pory członków rodziny. Ta podróż wstecz jest fantastycznie opisana, od razu na myśl nasunęła mi się scena puszczania filmu od końca, jaką zastosował Vonnegut w "Rzeźni numer 5"
"Włoskim szpilkom" nie brakuje jednak wad. Drażniła mnie nijakość dorosłej wersji głównej bohaterki, która przewija się na kartach książki od czasu do czasu. Nie spodobały mi się dygresje i liczne wątki, które wprowadzały zamieszanie i czyniły książkę mętną. Przyczyniły się one do tego, że odłożyłam książkę, wróciłam do niej dopiero po jakimś miesiącu.
 

Podsumowanie
Książkę warto przeczytać, ale nie ma co spodziewać się po niej szalonej akcji czy porywających dialogów. To smutna książka, o smutnych wątkach naszej polskiej historii, widziana z indywidualnej perspektywy. Można przeczytać w wolnym czasie, jeśli ktoś lubi opowieści tego typu. Zdecydowanie "Włoskie szpilki" przewyższają ogromnie "Sny i kamienie". Dzięki tej książce spojrzę łaskawszym okiem na możliwość zapoznania się z innymi utworami Tulli. Przydzielam tej książce 7 punktów.

piątek, 14 czerwca 2013

Kamieniem w czytelnika, słodki sen krytyka

Magdalena Tulli
"Sny i kamienie"
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN:
9788388221019
Data wydania: 1999



Sama z pewnością nie sięgnęłabym po "Sny i kamienie". Nic nie wyglądało dla mnie zachęcająco. Ani tytuł, ani okładka mnie nie zaciekawiły. Czasem jednak trzeba przeczytać coś, na co wcale się nie ma ochoty. Tak było i tym razem. Po przeczytaniu jakichś 30% byłam nawet zaciekawiona. Przede wszystkim zaskoczyła mnie forma. "Sny i kamienie" nie są typową powieścią. Nie ma tu dialogów, żadnych postaci przywołanych z imienia czy nazwiska. Bohaterem jest zbiorowość. A może miasto. A może drzewo. Albo maszyna. Tak naprawdę, to decyzja należy do nas. Tulli sprawnie posługuje się językiem, tworzy misterną układankę ze słów, bawi się nimi. Przyjemnie patrzy się na jej słowne wariacje. Jednak na tym kończą się pozytywy. Książka wlecze się niemiłosiernie, nie ma w niej niemalże żadnej akcji. Nie potrafię zrozumieć w jakim celu została napisana. Gdyby była o ponad połowę krótsza, to co innego. Można by przeczytać ją dla samej przyjemności oglądania operacji na słowach, jakie przeprowadza autorka. Niestety przy swojej długości jest nużąca. 
Nie ma tutaj zwracania uwagi na czytelnika, bo nie jemu utwór ma się podobać. A przynajmniej nie temu zwykłemu szaremu odbiorcy.
Coraz częściej odnoszę wrażenie, że niektóre książki pisane są w dziwny sposób, tylko po to, aby zyskiwały uznanie krytyków, a co za tym idzie nagrody. Dziwnym trafem książki takie trafiają potem także do szkół. Im bardziej mętna i niezrozumiała, im bardziej symboliczna i nieciekawa, tym chętnie włączana do programu nauczania...
Po lekturze "Snów i kamieni" nie sięgnęłabym po inne książki Tulli, zwyczajnie szkoda byłoby mi czasu. Stało się jednak inaczej, o czym napiszę wkrótce.


Jeśli ktoś z Was lubi czytać książki, w których dominuje forma, a treść schodzi na dalszy plan, to jest książka w sam raz dla Was. Można by było zajrzeć do niej ze względu na użycie języka. To jest jedyny plus, który sprawił, że książka nie dostanie niższej oceny. Punktacja to 4/10.

czwartek, 13 czerwca 2013

Zapowiedzi i wycofiedzi :P

Jestem najgorzej zorganizowanym człowiekiem na świecie. Wszystko gubię, o wszystkim zapominam, ciągle coś przekręcam... Wiecznie wiszące nade mną widma kary za książki z biblioteki, zmuszają mnie do odwołania niektórych zapowiedzi. Nie wyrobiłam się z czytaniem "Śniegu", "Wzgórza rzeźnika" i "Miasteczka Salem". Oprócz tego muszę przesunąć ukazanie się recenzji "Wiecznych" i "Świata wampirów" na bliżej nieokreśloną przyszłość - obie wykorzystam w swojej kolejnej pracy, więc będę musiała je mieć "na świeżo" - innymi słowy - będzie praca, będzie i recenzja ;) "Wieszanie" zwyczajnie porzuciłam - przykro mi, ale według mnie, tego nie da się czytać!

A teraz właściwa część, czyli przedstawienie kolejnych zapowiedzi (na szczęście w większości już przeczytanych, więc może obędzie się bez odwoływania ;) ). Jako że maj upłynął mi pod znakiem polskiej literatury najnowszej, to właśnie ona będzie dominować w zestawieniu.


"Wypalanie traw" - W. Jagielski
"Kochanie, zabiłam nasze koty" - D. Masłowska
"Buick 8"- S. King
Księga bez tytułu - Anonim
"Sąsiedzi" - T. Gross
"Paw królowej" - D. Masłowska
"Sny i kamienie" - M. Tulli
"Włoskie szpilki" - M. Tulli
"Gra o tron" - G. R. R. Martin
Halloween po polsku - zbiór
"Widnokrąg" -  W. Myśliwski
"Zrób sobie raj" - M. Szczygieł

Serialowo-filmowe zapowiedzi nie ulegają zmianie, więc nie będę ich drugi raz wrzucać :)

Marketingowy sukces

E. L. James (Erika Leonard)
"Pięćdziesiąt twarzy Greya"
Wydawnictwo: Sonia Draga
ISBN:
978-83-7508-556-3
Data wydania: 2012

Tytuł oryginału: Fifty Shades of Grey 
Cykl: 50 odcieni
Część: pierwsza

Cóż więcej jeszcze można powiedzieć na temat czegoś, co obgadane zostało już z każdej możliwej strony (a najczęściej od dupy strony na dodatek...)? Książka ta nie jest arcydziełem, mimo tego ma w sobie coś, co przyciągnęło miliony czytelników. Tylko co? Czym ona tak wyróżnia się na tle innych utworów o podobnej tematyce? Nie jestem w stanie wskazać źródła tego fenomenu, ale mogę za to stwierdzić, że ktoś wykonał fantastyczną robotę pod względem marketingowym. 
"50 twarzy Greya" to nie jest książka - to jest produkt. Na początku i ja dałam się zwieść, nie mogłam się oderwać. Nie wiem jak mogłam dać się wciągnąć takiej banalnej fabule. Wszystko zostało tak napisane, aby czytelnik czuł się zmuszony do przewrócenia kartki. W pewnym momencie takie rozwlekanie akcji stało się męczące. Miała być książka o seksie, a na pierwszy opis erotycznych scen trzeba czekać niemiłosiernie długo. Po pewnym czasie oczekiwania, kiedy zaczęło mnie już nużyć wypatrywanie obiecanych wydarzeń, zaczęłam zwracać baczniejszą uwagę na cechy książki. I w mig wszystko zaczęło mnie irytować. Począwszy od głównej bohaterki oczywiście. Zwróciłam uwagę na język, który do tej pory był na dalszym planie. Zupełnie jakbym miała do czynienia z jakimś obrazem,  który na początku zdaje się piękny, ale gdy obejrzysz go dokładniej, okazuje się, że jest tandetny, a w rogu ma podpis "made in China".
Kiedy na wierzch wychodzą "szwy" powieści,  wszystko zaczyna się psuć. Nagle książka straciła bardzo dużo w moich oczach. Dobijały mnie też nachalne reklamy konkretnych produktów. Jest to zbyt częste, żeby mogło być przypadkowe. Zamiast napisać po prostu "wzięła swój telefon" to za każdym razem jest wymieniana marka, to samo przy laptopie i przy jeszcze kilku produktach.


Muszę jednak przyznać, że książka spełniła swoje zadanie. Sprzedała się w ogromnej liczbie egzemplarzy, zrobiła furorę na świecie i przyniosła autorce sławę i pieniądze. Gdzieś czytałam nawet artykuł, że autorce przypisywano jako zasługę to, że po wydaniu książki w UK wzrósł przyrost naturalny, bo kobiety chętniej uprawiały seks...
A jak jest u nas? Wśród moich koleżanek panuje istny szał na czytanie Greya. Mało tego, panuje chyba moda na obnoszenie się z tym, że się czyta - ciągle widzę statusy na fejsie i zdjęcia na których ktoś siedzi z książką w ręku. Istny szał. Do tego wszędzie pojawiają się pełne zachwytu komentarze, zachwalające działające na wyobraźnie "sceny".


Jeżeli chodzi o seks, który jest tutaj oczywiście tematem przewodnim, to ja nie widzę tu nic odkrywczego. Myślę, że mogło zaszokować kilka gospodyń domowych po 50, które nigdy w życiu nie słyszały o S&M. Ale młodzież? Raczej nie. Jakoś po przeczytaniu nie zapragnęłam nagle zostać czyjąś niewolnicą, ani nabyć pejczy, masek czy innych akcesoriów tego typu :P
Co więcej, James chyba trochę przesadziła z opisem tego, jak to łatwo i szybko
doprowadzić kobietę  do orgazmu. Tym bardziej, że chodzi tu o dziewicę, która w ogóle nie jest świadoma swojego ciała...
Niejednego faceta przeczytanie tej książki mogłoby wpędzić w kompleksy w tej kwestii, a kobiety doprowadzić co najwyżej do zastanawiania się, czy jest z nimi coś nie tak lub do patrzenia krzywo na umiejętności swojego partnera....
Trzeba oddać jednak autorce to, że pisać o seksie nie jest łatwo.  James ma wyczucie, nie pisze "za grzecznie", ale nie jest też wulgarna, myślę, że można powiedzieć, że udało się jej osiągnąć równowagę w tej kwestii.
Opisy scen łóżkowych ciągną się przez wiele stron, ale w końcu taki był chyba zamiar. 

Czytając pierwszy tom stwierdziłam, że niesprawiedliwie (zarówno dla niej, jak i dla innych książek) byłoby oceniać ją w taki sposób jak inne. To utwór, który nie był pisana z troską o język, nie miał też za zadanie przekazać wartości. Według mnie, tu nawet nie chodziło o opowiedzenie jakiejś historii, tylko o erotyczne obrazy, które mają rozbudzić wyobraźnię. Moja wyobraźnia troszkę drgnęła, ale spodziewałam się większej fantazji i rozmachu, więc troszkę się rozczarowałam. Pozostawię tę książkę bez punktacji, myślę, że każdy po przeczytaniu tej, czy innej recenzji może wyciągnąć wnioski. Czy przeczytam następne dwa tomy? Myślę, że ciekawość zwycięży i kiedyś po nie sięgnę. 

środa, 12 czerwca 2013

Zakupowo

Melduję się z powrotem! Dawno nie chwaliłam się swoimi nowymi nabytkami, więc najwyższa pora nadrobić zaległości. Zanim jednak zacznę, ostrzegam, że zagęszczenie błędów w moich tekstach może jeszcze wzrosnąć, bo niestety moje wszelkie dysfunkcje (mózgu :P) są nadal aktywne, za to funkcja poprawiania błędów przestała mi działać. Z góry przepraszam za moje kaleczenie.
Dzisiaj prezentuje Wam lektury zakupione w ciągu ostatnich 3 miesięcy. Niestety jest tego bardzo mało, bo ostatnio szkoła i nowe hobby angażują mnie tak bardzo, że zapominam o całym świecie.
W dzisiejszym zestawieniu książkowym dominuje King. Zrobiłam rozrachunek i okazało się, że brakuje mi jeszcze 21 książek mistrza... A wydawało mi się, że jestem już blisko do posiadania wszystkich. Niestety kilka książek gdzieś mi wcięło, ktoś pewnie pożyczył i nie oddał. W ferworze uzupełniania biblioteczki Kingowej kupiłam aż dwa razy "Łowcę Snów"... Jutro planuję wypad do księgarni po kolejne pozycje Kingowe. Tym razem zrobiłam już listę, co mam, a czego nie ;) Jutro będę polować na "Rose Madder", "Bastion" (jestem pewna, że obie miałam...) i "Podpalaczkę".
A na koniec coś związanego z książkami, czego właścicielką zostałam ostatnio...






Co my tu mamy?

  • Ręka mistrza - kupiona za jedyne 12,90 w... Biedronce.
  • Łowca snów w dwóch różnych wydaniach - twarda i miękka oprawa.
  • Wielki marsz - głowę bym dała, że już kiedyś kupowałam, ale nie mam...
  • Joyland - jeszcze cieplutka najnowsza książka Kinga. Niestety przepłaciłam - można było kupić w przedsprzedaży za 20 zł i jeszcze była szansa na niespodziankę od wydawnictwa:
Zdjęcie z facebooka, profil Stephen King pl

  • Scarlett t. 2 Pocałunek demona - pierwsza część była fajna, a druga znaleziona w antykwariacie aż prosiła się o zabranie do domu.
  • Księga bez tytułu - koleżanka pokazała mi ją w antykwariacie, opis bardzo mnie zaciekawił. Jestem w trakcie czytania (tej i jakichś 15 innych książek naraz...).
  • Krew Zombie - książka przeczytana już dawno, teraz udało się ją kupić.

A teraz coś o moich innych nabytkach. Od dawna chorowałam na jakiś elektroniczny czytnik. Kombinowałam, czytałam specyfikacje, oglądałam i wybrzydzałam. Chciałam, ale jakoś nie mogłam się przekonać. Jednak książka to jest książka, a nie jakiś czytnik. W końcu jednak sytuacja zmusiła mnie do zakupienia jakiegokolwiek z nich. Mając niespełna 2 tygodnie na przeczytanie 13 lektur dostępnych tylko w formacie elektronicznym, miałam do wyboru: oślepnąć, albo nabyć czytnik. Tak zaczęła się moja przygoda z Kindlem. Zdecydowałam się na model Paperwhite, który jest co prawda droższy od modelu Classic, ale ma za to więcej przydatnych opcji.
Odkąd w moje ręce trafiła przesyłka z tym małym ustrojstwem, było już tylko coraz lepiej ;) Szybko przekonałam się, że czytanie na Kindlu nie męczy oczu i jest chyba najlepszą alternatywą dla papierowej książki.Nie sądziłam, że tak szybko się przekonam do czytania na tym urządzeniu.


 Dla mnie jako maniaka czytania, jest to fantastyczna sprawa. Czyta się na tym zupełnie jak na papierze, oczy się nie męczą.  Mogę dopasować wielkość czcionki, kontrast, czytać w ulubionym formacie i czytać bez zewnętrznego źródła światła. Zabieram go ze sobą wszędzie gdzie chce. Mogę czytać w pełnym słońcu, nie muszę martwić się o zasilanie jak w przypadku czytania na laptopie czy bateriożernych tabletach. Bateria podobno może wytrzymać nawet do 8 tygodni przy tym jak czytamy pół godziny dziennie. Ja oczywiście czytam dużo więcej, ale nie jestem jeszcze w stanie zweryfikować ile w rzeczywistości wytrzymuje bez ładowania, bo mam go jeszcze za krótko.
Oczywiście ma też swoje wady. Przede wszystkim nie wszystkie funkcje opisane mamy w instrukcji, wielu rzeczy musiałam dowiadywać się z internetu, wciąż jeszcze do końca nie rozgryzłam tego małego kundla. Model ten nie ma darmowego internetu 3G tak jak jego następca, co w przypadku wypadów w miejsca bez fifi rifi jest trochę uciążliwe.
Przy okazji - jeśli kiedykolwiek zdecydujecie się na kupno Kindla, zwracajcie uwagę na dopisek refurbished. Urządzenia z takim dopiskiem, sprzedawane są jako nowe, a w rzeczywistości są to rzeczy używane, następnie odświeżane i ponownie sprzedawane. Różnicę da się zauważyć w cenie - normalnie ten model kosztuje około 600 zł, natomiast odświeżane są o 200 lub nawet 300 zł tańsze. Ja zdecydowałam się na całkiem nowy czytnik, nie chcę niespodzianek.
Boli mnie też brak możliwości odtwarzania audiobooków. Niektóre czytniki tańsze od tego kilkakrotnie, mają taką funkcję. Musiałam sobie jakoś to wynagrodzić, więc do kompletu zakupiłam jedną z prostszych mp4 :) Właściwie to nie zależało mi na super brzmieniu dźwięku, bo będzie mi służyć  przeważnie do słuchania książek, więc to chyba był niezły wybór. Jest malutka i tak lekka, że aż niewygodna :P


To tyle na dzisiaj, już wkrótce nowe notki dotyczące oceny książek :)

czwartek, 6 czerwca 2013

Minęło już straaasznie dużo czasu, odkąd ostatni raz tutaj pisałam. Nie zapomniałam o blogu, ale mam mało wolnego żeby coś sensownego tutaj napisać. Zajrzę wkrótce na dłużej i wrzucę kilka recenzji, pochwalę się też nowymi zakupami, nie tylko książkowymi.

Do zobaczenia wkrótce!

sobota, 30 marca 2013

Lektura obowiązkowa

Jacek Dukaj
"Wroniec"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
ISBN:
978-83-08-04392-9
Data wydania: 2009
Miejsce wydania: Kraków (?)


"Adaś zrozumiał, że oni wszyscy tu wyszarzyli się na śmierć. I że wszystko było na odwrót. To nie Maszyna-Szarzyna zalewa ludzi szarością. To ludzie napędzają Maszynę-Szarzynę. A przez Maszynę - wszystkie telewizory w mieście i w kraju. Kineskopy działają w obie strony. Nawet jak kto nie chce - Maszyna-Telewizja go wyszarza. Najpierw oddaje jej Kolor. A potem ona żywi się szarością. Pokazuje ją na ekranach. Nadaje tylko to, czym ludzie ją nakarmili. A oni jeszcze chodzą po mieście i oszarzają domy, ulice, innych ludzi."

"Wroniec" to kolejna powieść czytana "z obowiązku". Cieszę się, że do moich zadań należy czytanie książek takich jak ta - te nowe studia podobają mi się coraz bardziej!
 Patrząc na okładkę i tytuł, a przede wszystkim na nazwisko autora, spodziewałam się po tej książce wszystkiego, tylko nie tego co w niej w istocie znalazłam. A co znalazłam? - o tym za chwilę. 
Książkę dosłownie pochłonęłam, lektura zajęła mi niewiele ponad półtorej godziny. Nie jestem pewna, czy dlatego, że była taka fajna, czy miało na to wpływ to, że spieszyłam się, żeby przeczytać ją na zajęcia (tak na marginesie okazało się, że omawiać będziemy ją dopiero za dwa tygodnie - typowe dla mnie...). Nie mogę jednak wszystkiego zwalić na pośpiech - czytałam z zainteresowaniem. "Wroniec" porusza temat, który do tej pory był mi zupełnie obcy, a zawsze byłam go ciekawa - chodzi o stan wojenny. Czasy stanu wojennego są mi zupełnie nieznane, urodziłam się parę lat po jego skończeniu i do tej pory moja wiedza na ten temat była dosyć mglista.  W szkole o tym nie mówili (!), w domu słyszało się tylko jakieś ogólniki - dobrze było dowiedzieć się czegoś na ten temat. Dukaj przedstawił ten okres czasu w bardzo specyficzny sposób. Niczego nie pisze wprost, postacie i miejsca ukrywa pod innymi nazwami (są one jednak banalne do rozszyfrowania, nawet dla kogoś kto jest mało zorientowany). Wszytko jest tutaj utrzymane w klimacie baśni, fantazji czy też złego snu.  Atmosfera jest ciężka, tempo dosyć dynamiczne, co sprawia, że chętnie się czyta. 
Spodobało mi się opowiedzenie tej historii z perspektywy małego chłopca, to ciekawy pomysł. Przez to książka jest "prostsza", nie jest pretensjonalna czy pompatyczna - coś w sam raz dla ludzi w moim wieku, którzy chcą zobaczyć jakie to były czasy. 


Wroniec, Bubecy i mały Adaś
Adaś to przeciętny chłopczyk. Mieszka z rodzicami, babcią i małą siostrzyczką. Niestety pewnego dnia do jego domu wlatuje ogromny Wroniec, który porywa jego ojca. Reszta rodziny Adasia znika. Chłopiec musi przez jakiś czas radzić sobie zupełnie sam. Wkrótce chłopcem zainteresował się Pan Beton, jego sąsiad. Wraz z Panem Betonem Adaś podróżuje po zszarzałym mieście, w którym niepodzielnie panuje Wroniec. Chłopca czekają mroczne przygody, podczas których nie uniknie zmag z przerażającymi sługami Wrońca. Czy chłopcu uda się pokonać Bubeków i odzyskać rodzinę? Czy nie jest już za późno?

Podsumowanie
Dukaj stworzył świetny fantasmagoryczny klimat, duszną atmosferę, wprowadził sporą dawkę napięcia. Fantazyjne wstawki też są warte zauważenia. Cieszę się niezmiernie, że miałam okazję przeczytać "Wrońca". Nawet omawianie i rozbieranie go na czynniki pierwsze na zajęciach nie będzie mi w stanie go "spaskudzić". Fajnie przeczytać coś, co nie tylko dostarczy nam rozrywki, ale dostarczy informacji, poszerzy wiedzę. Z pewnością to nie koniec mojej przygody z Dukajem.
Moja ocena: 9

czwartek, 28 marca 2013

Niepokorny pisarz, święta zapalniczka Zippo i karminowe sutki

Christopher Moore
"Wyspa wypacykowanej Kapłanki Miłości"

Wydawnictwo: MAG
ISBN: 978-83-7480-111-9
Data wydania: 2008
Miejsce wydania: Warszawa
Tytuł oryginału: Island of the Sequined Love Nun


„Był kiedyś taki czas, że nie miał zielonego pojęcia o komputerach. Wydawało mu się, że „podkładka pod myszkę” to zastrzeżona przez Disneya marka podpasek.”

Przyszła pora na dawno zapowiadaną książkę dobrze znanego mi Christophera Moore'a. Muszę przyznać, że podchodziłam do tej książki jak przysłowiowy pies do jeża. Ta jaskrawożółta okładka jakoś mnie odpychała, podobnie sprawa miała się z tytułem.  
To najobszerniejsza książka Moore'a z jaką miałam do czynienia, więc spodziewałam się, że moje poczucie dobrego smaku może zostać zbombardowane przez specyficzne (i przeważnie mało smaczne) żarty autora w takiej liczbie. Tymczasem okazało się, że nie było się czego obawiać. Czytając miałam wrażenie, że Moore trzymał swoje rozpasane poczucie humoru na smyczy. Nie zabrakło śmiesznych elementów, ale było ich zdecydowanie mniej. Oczywiście trzeba się liczyć z tym, że Moore nie jest w stanie do końca utrzymać swojego jęzora na wodzy. Co jakiś czas jęzor zrywa się ze smyczy i chlasta nas, czytelników po oczach bezczelnymi tekstami. Moore jest niepokorny, jego poczucie humoru czasem jest denne i mało wysublimowane, ale jakoś u niego mnie to nie zraża.
Na okrojeniu "dowcipnych" wstawek niewątpliwie zyskała fabuła. Może dzięki temu mogę powiedzieć, że ze wszystkich przeczytanych przeze mnie książek tego pisarza, ta opowiada najlepszą historię. "Wyspa..." wciągnęła mnie w wir akcji, momentami nie mogłam się oderwać od czytania. Najfajniejsze było to, że Moore pisał tak barwnie, że czułam się jakbym sama chodziła po piasku pięknej wyspy. Mimo deszczu i szarówki za oknem udało mi się przenieść wprost pod piękne tropikalne słońce. 
W "Wyspie..." nie mogło zabraknąć typowych dla Moore'a dziwacznych postaci. Jest ich tutaj mnóstwo, wszystkie dodają książce charakteru. Paradę niezwykłych osobistości otwiera główny bohater Tucker Case, pilot różowego samolotu, alkoholik z upodobaniem do pań lekkich obyczajów i seksu w niezwykłych miejsach. Czytelnicy Moore'a znają go  z "Najgłupszego Anioła". Dalej mamy Kimiego, mężczyznę w blond peruce, ubranego w sukienkę w kwiaty, któremu towarzyszy gadający nietoperz. Później poznajemy jeszcze starego ludożerce, seksow pielęgniarkę, która po godzinach przemienia się w boginię z umalowanymi na czerwono sutkami, a nawet faceta grywającego w karty z Jezusem.... Jestem przekonana, że tylko Moore mógł wpaść na to, żeby stworzyć tak pokręcone i niewiarygodnie dziwne postacie.

Święta zapalniczka Zippo
O co chodzi w tej całej pokręconej opowieści? Wszystko zaczyna się od tego, że Tucker Case w dosyć fantazyjny sposób rozbija piekielnie drogi, różowy samolot. Wybucha ogromny skandal, a męzczyzna traci pracę. Aby móc kontynuować swoje alkoholowe hobby pilot musi jak najszybciej znaleźć sobie nową robotę. Niespodziewanie dostaje ofertę pracy od misjonarza, który proponuje mu mnóstwo kasy za pilotowanie prywatnego odrzutowca. Jedynym warunkiem jest to, że Tucker zamieszka z nim na wyspie. Mężczyzna decyduje się przyjąć propozycję misjonarza. Wkrótce okazuje się, że wsypę zamieszkuje także Plemię Rekinów. Obiektem czci mieszkańców tropikalnego zakątka okazuje się być tajemniczy mężczyzna o imieniu Victormianem świętych przedmiotów określa się tu zapalniczkę marki Zippo oraz magazyn People...
Tucker poznaje ludzi z wyspy i szybko zaczyna domyślać się, że misjonarz i jego piękna żona nie mają czystych sumień. Jaką rolę w tej historii odegra gadający nietoperz owocożerny? Jaką tajemnice ukrywa pracodawca Case'a? Z kim Jezus grywa w karty?


Podsumowanie
Moore jak zwykle pisze specyficznie, nie cofa się przed szokowaniem czytelników, nie zna tabu. Oczywiście za to wielki plus. Kolejny za absurdalne sytuacje, barwnych bohaterów, szalone pomysły i całkiem dobrą historię. Czytając bawiłam się dobrze, choć nie tak dobrze jak przy Krwiopijcach.
Jeśli i wy macie ochotę przeczytać "Wyspę..." ostrzegam, że nie każdy może podejść do niej tak entuzjastycznie jak ja. Do powieści Moore'a trzeba podejść z przymrużeniem oka,trzeba być przygotowanym na to, że u Moore' nie ma żadnej świętości, a humor bywa jak to określił ostatnio Piotrek - nieco klozetowy :P
Moja ocena: 8

środa, 27 marca 2013

Nie osądzaj książki po okładce...

Ellen Schreiber
"Pocałunki wampira - Początek"

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
ISBN: 978-83-10-11920-9
Data wydania: 2011
Miejsce wydania: Warszawa
Tytuł oryginału: Vampire Kisses


"Pocałunki wampira" kupiłam za jedyne 4 złote. Zastanowiło mnie dlaczego książka, która została wydana stosunkowo niedawno jest przeceniona aż tak bardzo. Teraz już wiem skąd taka obniżka. Książka jest najzwyczajniej dziwaczna. Wszystko jest infantylne i przewidywalne. Długo zastanawiałam się, czy to efekt zamierzony, czy po prostu cecha pisarstwa Schreiber. Historyjka jest głupawa, nie dostarcza nawet najmniejszej rozrywki intelektualnej. Sądzę, że mogłaby nadać się dla 10-12 latek - bo chyba tylko dzieciakom mogłaby przypaść do gustu. 
Muszę się przyznać, że jestem mimo wszystko ciekawa dalszych części tej powieści (a jest ich aktualnie dziewięć). W końcu to dopiero debiut młodziutkiej wówczas Schreiber. Poza tym skoro ktoś wydał aż 9 części to chyba nie może to być takie złe?

Czarna szminka, czarny kruk
Główną bohaterką "Pocałunków wampira" jest Raven - fanka wampirów. Dziewczyna jest gotką, nosi się na czarno, używa czarnej szminki i próbuje być mroczna. Niestety nie za bardzo jej wychodzi. Gdy do spokojnego miasteczka, w którym mieszka od urodzenia wprowadza się tajemnicza rodzina, Raven postanawia dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Po okolicy zaczynają krążyć plotki. Mieszkańcy twierdzą, że stary dwór został zamieszkany przez rodzinę wampirów. Raven wiedziona ciekawością włamuje się do rezydencji. Poznaje najmłodszego mieszkańca dworu - Alexa. Między nimi zaczyna iskrzyć. Dziewczyna zaczyna podejrzewać, że plotki o wampirach są prawdzwie...

Podsumowanie
Książka jest bardzo infantylna, język prosty. Mam wrażenie, że autorka założyła, że czytelnicy to debile - wszystko jest tak bardzo uproszczone. Poza okładką "Pocałunki wampira" nie mają w sobie nic co przyciągnęłoby moją uwagę. Może przeczytam kolejny tom jeśli nadarzy się taka okazja, ale zrobię to jedynie z ciekawości czy, i w jaką stronę rozwija się styl Schreiber. 
Muszę dodać jeszcze, że  ukłon w stronę tej pani należy się za to, że chyba czuje to o czym pisze. Odniosłam wrażenie, że główna bohaterka ma wiele wspólnego z autorką. Brawo za to, że pani Schreiber nie boi się odejść od typowego wizerunku 15  latki, kreuje coś swojego (co prawda nie wiem sama już co lepsze - niezdarna i przeciętna Bella czy pseudo mroczna Raven)
Moja ocena: 2